27 września 2016

Cmętarz Zwieżąt


Czyli koszmar koszmarem przeniknięty.

Druga połowa roku jest okresem czytania Kinga i najpewniej zrobię sobie z tego tradycję czytelniczą. Zaczęło się od Christine dwa lata temu na sam koniec grudnia i w zeszłym roku zostało podtrzymane poprzez sięgnięcie po Carrie, Cujo i Misery, oczywiście jesienną porą. King jest takim pisarzem, którego chcę jeszcze lepiej poznać, mam w planach mnóstwo jego książek do przeczytania, ale na chwilę obecną recenzowana niżej powieść jest najlepszą tego autora.

Powieść zaczyna się w chwili przeprowadzki głównego bohatera, Louisa, który wraz ze swoją rodziną dociera do domu w Ludlow. Niebawem ma zacząć pracę na tamtejszym uniwersytecie jako lekarz w przychodni akademickiej. Nieopodal domu, w którym zamieszkała rodzina Louisa znajduje się tajemniczy Cmętarz zwieżąt, na którym spoczywają ciała ulubieńców z okolicznych domostw stworzony przez dzieci. W rodzinie Louisa miejsce to wzbudza fascynację, ale i lęki. Sam główny bohater poznaje niebawem tajemnice jeszcze mroczniejsze niż nietuzinkowe miejsce pochówku z błędami ortograficznymi, na tabliczkach grobów poszczególnych zwierzaków.

King oczywiście zaczyna w dosyć spokojny, przemyślany sposób konstruować postaci tego dramatu, dramatu na który z początku absolutnie nic nie wskazuje. Louis mniej więcej dogaduje się ze swoją żoną, Rachel i kocha swoje dzieci, Gage'a i Ellie. Ta pozorna dobra passa, uśmiech od losu nie trwają długo. Niebawem w życiu Louisa pojawia się niesamowicie dużo śmierci, koszmarów i szaleństwa. Cmętarz zwieżąt i jego mroczne okolice stają się miejscem generującym w Louisie i jego bliskich mnóstwo niepokoju, a w beztroską codzienność wkrada się mrok i niebezpieczeństwo, mocno odbijając się na psychice bohaterów książki.

Głównym bohaterem jest Louis i to jego poczynania śledzi trzecioosobowy narrator wprowadzając nas w okolice Ludlow. Pierwsza połowa lektury przeminęła dosyć przyjemnie, bez większego szału, a przez kolejne rozdziały moje lekkie zniecierpliwienie nieco wzrastało w oczekiwaniu na to, kiedy wreszcie zacznie coś się dziać. Na szczęście czekać zbyt długo nie musiałam i gdy doszło do pierwszych, dramatycznych zdarzeń przepadłam w tej powieści. Bardzo spodobało mi się to, że wraz z niepokojącym, tajemniczym klimatem mamy tutaj zafundowane przez Kinga wiele przypadków popadania w szaleństwo i to momentami naprawdę głębokie. Uwielbiam to w tej książce, że każdy z bohaterów ma swoje demony i musi sobie z nimi radzić. Czasem te demony wygrywają, czasem przenoszą się na bliskich, czasem zostają zwalczone. Książka nie jest specjalnie przerażająca, jak na horror, ale wciąga i ten klimat wszechobecnego, przyczajonego strachu da się wyczuć. To uwielbiam w książkach Kinga, choć zauważyłam dopiero teraz - coś się dzieje, ale nie jestem w stanie dokładnie stwierdzić co. Ale wiem, że sprawy nie zmierzają w dobrym kierunku, że gdy na scenę wkracza koszmar, wszyscy będą w niego zaangażowani.

Trochę, jak już pisałam, musiałam poczekać na to, aż konkretna akcja ruszy do przodu, ale w zasadzie, patrząc na objętość książki można było się tego spodziewać. Ponad pięćset stron, które jednak przelatują szybko, między innymi dzięki przystępnemu stylowi pisania. Po moim ostatnim spotkaniu z Kingiem, czyli lekturze Misery zastanawiałam się czemu tamta książka aż tak bardzo mi się nie spodobała i przez moment rozważałam, czy to nie wina specyficznego stylu. Wydaje mi się, że to zależało w tamtym przypadku od konwencji powieści, w której było mniej dynamiki, a więcej zabawy z psychiką bohaterów. Tutaj jest ta zabawa z psychiką również, ale bohaterowie są uwikłani w relacje z innymi ludźmi i dzięki temu Cmętaż zwieżąt bardziej przypadł mi do gustu.

Bardzo lubię dobrze skonstruowane postacie i u Kinga zdecydowanie mogę się tym napawać. Każdy z bohaterów ma demony, o których już wspominałam, które nie wzięły się z jakichś randomowych wydarzeń tylko swe źródło mają w traumach z przeszłości. Ta przeszłość powraca, nie chce dać spokoju żadnej z postaci i co więcej, jej macki sięgają do psychiki najbliższych.

W kwestii postaci występujących w książce - po raz kolejny zdarzyło mi się polubić dziecko i jestem w szoku. Ellie okazała się rezolutną dziewczynką, która miała w sobie jakiś mrok, tajemnicę i chyba właśnie dlatego tak bardzo ją polubiłam. A ja naprawdę nie przepadam za postaciami małoletnimi w książkach... Natomiast kolejnym moim ulubieńcem został Jud Crandall, sąsiad Louisa. Jego relacja z głównym bohaterem naprawdę mnie ujęła i pozostawał moim ulubieńcem do samego końca książki. Finał Cmętarza zwieżąt wywołał we mnie tyle napięcia, że nie pamiętam, kiedy ostatnio tak emocjonowałam się przy czytaniu. Po zamknięciu miałam lekkiego kaca i wręcz wydawało mi się niestosowne brać do ręki kolejną powieść.

Na wypadek gdybyście jeszcze się nie zorientowali, to oczywiście Cmętarz zwieżąt polecam i to gorąco. To bardzo dobra książka, której przez długi czas nie zapomnę, jeśli w ogóle. Znów zatęskniłam za Kingiem i muszę sobie zapolować na więcej tytułów spod jego pióra, bo pisze świetnie i wciągająco. Z chęcią sięgnęłabym po coś, przy czym więcej mogłabym się bać, bo wtedy uznaję książkę z tego gatunku za naprawdę mocną. Nie zmienia to faktu, że Cmętarz zwieżąt porywa, uzależnia czytelnika i nie chce go wypuścić do samego końca z niesamowicie mocnego uścisku. Warto przeczytać!

Moja ocena: 8/10

Tytuł oryginału: Pet Sematary
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 517
Rok wydania: 1983 (oryginał), 2012 (kieszonkowe wydanie w Polsce)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.