29 kwietnia 2017

Apokalipsa Z: Mroczne dni

Tom pierwszy spod pióra Manela Loureiro okazał się powieścią na przyzwoitym poziomie, w której przetrwanie w ciężkich czasach apokalipsy zombie nie zostało odrealnione. Zastrzeżenia miałam w zasadzie tylko co do formy przedstawienia wydarzeń, które spisane w formie dziennika nie współgrały z sytuacją walki o przeżycie. W tomie pierwszym główny bohater większość czasu spędza sam (nie licząc towarzystwa pupila - kota Lukullusa) i to ulega zmianie w Mrocznych dniach. Prawnik wraz z Ukraińcem Pritczenką, zakonnicą Cecilią i nastoletnią Lucią (oraz kotem) wydostaje się za pomocą helikoptera ze stałego lądu i szuka szczęścia w okolicach Wysp Kanaryjskich. Natrafia tam na zbieraninę ocalałych, wśród których odnajduje pozornie bezpieczne schronienie.

Już na samym początku wspomnę, że autor postanowił porzucić zapis fabuły w formie pamiętnika i obsadzić na stanowisku zwykłego narratora właśnie głównego bohatera, przy czym w tym miejscu należy dodać, że perspektywa skacze momentami między prawnikiem a Lucią. Uznać należy to za zdecydowaną poprawę i dobre posunięcie, bo obserwujemy wydarzenia z różnych punktów widzenia i to przydaje się, gdy dochodzi do rozdzielenia się bohaterów. Natomiast autor nie stworzył kontynuacji pozbawionej wad i nie ma zamiaru pominąć ich podczas dzielenia się swoją opinią o książce.

Walka z zombie trwa nadal, jednak teraz czwórka ocalałych odnajduje bezpieczną przystań, w której może zacząć wieść nieco bardziej zbliżone do normalności życie. Owszem, na gruncie umowy społecznej dochodzi do ponownej organizacji, w której władzę sprawują ci, którym z racji posiadania broni udało się przejąć kontrolę nad cywilami. Autor postanawia wprowadzić wątek kryminalny do powieści, ale nie na zasadzie zagadki wzbogacającej fabułę, lecz na zasadzie walki bohaterów o udowodnienie prawdy, której czytelnik jest świadom. Co do tego zabiegu nie mam żadnych zastrzeżeń - może nie zmroził krwi w żyłach, ale dał możliwość lekkiego skomplikowania fabuły.

Manel Loureiro odsłania karty, pod którymi kryje się tajemnica pojawienia się zombie na świecie. Nie jest to nic nowatorskiego, ale na pewno uwiarygodnia historię bezimiennego prawnika i stwarza do niej solidne ramy. W drugim tomie dochodzi również do podziału społeczności na pewne stronnictwa polityczne, przy czym we wprowadzanie tego motywu dochodzi do chaosu i lekkiej dezorientacji czytelnika, co wpłynęło nieco na mój odbiór lektury. 

Co do kreacji bohaterów, za bardzo nie mam się czego czepić, ponieważ fakt zirytowania postacią Lucii zrzucam na jej wiek. Nastolatka. Poza tym, kiedy przychodzi co do czego, dziewczyna odnajduje w sobie zagrzebane wcześniej pokłady rozsądku i działa z głową. To, do czego jestem w stanie się przyczepić to dwie kwestie - mam wrażenie, że autor poszedł na łatwiznę i etap budowania relacji między głównym bohaterem i dwójką kobiet, które dołączył do niego i Pritczenki pominął. Na początku drugiego tomu prawnik rozmyśla o tym, czy romans z Lucią to dobry pomysł, nawet stwierdza, że to chyba nie są odpowiednie okoliczności, a kilkanaście stron dalej narracja sugeruje, że tak, że on i Lucia będą ze sobą i wszystko w tej kwestii dzieje się jak powinno. Śmieszy mnie również fakt, że Lucia opowiadając o swoim wybranku nie używa jego imienia i dzięki temu główny bohater nadal nie ujawnia przed czytelnikiem swojej tożsamości. W dodatku w postrzeganie świata przez prawnika wkrada się pewna rasistowska, pozbawiona sensu rysa, ponieważ główny bohater opisując Pritczenkę jego chęć walki z zombie określa jako domenę typowo słowiańską. Tego kompletnie nie skumałam, a kilkakrotnie pojawiło się stwierdzenie, że Pritczenko, jako rodowity Słowianin pragnie przetrwać. Bo tylko Słowianie zachowali resztki instynktu samozachowawczego. W sumie dobrze nam to wróży na przyszłość.

Jak pisałam w tej części sporo się dzieje, bohaterowie walczą z różnymi zagrożeniami, a zombie nie są jedynym niebezpieczeństwem czyhającym na ocalałych. Wydaje mi się, że w tej części trochę ulatnia się klimat grozy, do na pierwszy plan wysuwają się kwestie zorganizowania i przetrwania w tym na nowo stworzonym świecie. Raczej standardowa procedura po fali pierwszego szoku i chaosu spowodowanego apokalipsą. Ciekawi mnie jak potoczą się dalsze kosy bohaterów i liczę na to, że tom trzeci trylogii nie zaniży poziomu swoich dwóch przyzwoitych poprzedniczek. 

Moja ocena: 7/10

Tytuł oryginału: Apocalipsis Z: Los días oscuros
Autor: Manel Loureiro
Wydawnictwo: Muza
Ilość stron: 349
Rok wydania: 2010* (oryginał), 2013 (w Polsce)

Trylogia Zombie:

1. Apokalipsa Z: Początek końca < recenzja
2. Apokalipsa Z: Mroczne dni
3. Apokalipsa Z: Gniew sprawiedliwych

* Nie wiem, czy to błąd w druku, czy jakieś inne zamieszanie, ale z dat oryginalnych wydań pierwszych dwóch tomów Apokalipsy Z wynika, że tom drugi został wydany przed pierwszym. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.