8 kwietnia 2017

Apokalipsa Z: Początek końca

Każdy kto interesował się literaturą postapokaliptyczną, nawet w niewielkim stopniu wie doskonale, ile przeróżnych scenariuszy o końcu świata powstało. Specyficznym nurtem tego gatunku są powieści poruszające tematykę żywych trupów, które z dnia na dzień opanowują tereny zasiedlone przez ludzi. Również i na tym obszarze ciężko czytelnika (i widza, bo filmów o tej tematyce jest w bród) zaskoczyć. Pozostaje zaciekawić go wartką akcją i niekonwencjonalną formą, bo przecież same zombie, bez względu na to, co spowodowało ich pojawienie się pozostają tymi samymi potworami polującymi na żywe mięso.

Manel Loureiro (prawnik z Pontevedery) w roli głównego bohatera obsadził owdowiałego prawnika z Pontevedery. Na szczęście pierwszy tom Apokalipsy Z to nie pomnik postawiony przez autora na jego cześć, bo główny bohater (do końca książki bezimienny) w obliczu inwazji zombie nie zostaje super herosem, który staje na czele zbieraniny ocalałych. Przez około połowę książki mężczyzna w głównej mierze musi radzić sobie sam, a jego kontakty z niezarażonymi jeszcze jednostkami ogranicza się do krótkich wzmianek o tym, że doszło do jakiegoś spotkania i wymiany informacji. Na pozór taka zagrywka - koncentracja fabuły na jednej tylko, osamotnionej postaci wydaje się strzałem w stopę fundującym mozolną, nudną lekturę. I tutaj zaskoczę Was tak, jak i sama się zaskoczyłam podczas czytania. Książka mimo wszystko wciąga i śledzenie losów głównego bohatera i jego kota nie powoduje odruchu ziewania. Co ciekawe, czułam się wyjątkowo komfortowo czytając tylko i wyłącznie o tym, jak radzi sobie prawnik w obliczu apokalipsy. Miałam wrażenie, że jestem tylko ja i on z kotem, a wokół nas opuszczone miasto ze szwendającymi się tu i ówdzie zombiakami. Cudo. Wszystkie triki konieczne do utrzymania się przy życiu były pomysłami (bardziej lub mniej udanymi) tylko głównego bohatera i nadal wychodzę z podziwu, że mimo to książka utrzymała moje zainteresowanie i jeszcze wytworzył się bardzo fajny klimacik grozy. Zapewne spowodowany całkowitym odosobnieniem.

Powieść napisana została w formie pamiętnika i tutaj pojawią się moje zastrzeżenia co do warsztatu Loureiro. Generalnie nie jest to forma łatwa, bo, po pierwsze, trzymając się tego, jak wyglądają realia, takie codzienne, nikt nie opisuje w pamiętniku dokładnie krok po kroku całego dnia tak, żeby oddać pieczołowicie przebieg wszystkich kolejnych czynności. W ten sposób piszemy, gdy miały miejsce jakieś wyjątkowe wydarzenia. Oczywiście nie uogólniam tutaj - nie przeczytałam przecież wszystkich pamiętników świata, ale znam to z autopsji. Sama prowadzę pamiętnik od kilku lat i wiem, że np. dzień powiedzmy, moich urodzin opisałam szczegółowo, od rana, a to, co wydarzyło się w ciągu tygodnia spisywałam bardziej lakonicznie, robiąc tylko wzmianki. I przekładając to na realia powieści Loureiro, wątpię, żeby główny bohater w obliczu apokalipsy zombie miał czas niemalże codziennie, ewentualnie kilka razy w tygodniu siadać i spisywać dokładnie wydarzenia, szczególnie te w których otarł się na śmierć. Tu się pojawia kolejna kwestia - forma pamiętnika zdradza nam niechybnie fakt, że cokolwiek się nie wydarzy, główny bohater na pewno przeżył, bo przecież spisał wydarzenia. Pochwalić mogę w tym miejscu za urozmaicenia w postaci urwanych wpisów, które sugerowały, że podczas pisania coś naszego prawnika zaskoczyło i czytamy dalej, żeby się dowiedzieć, co to było. Powracając do błędów - w styl pisania Loureiro wkradła się bardzo irytująca niekonsekwencja. Przez trzy czwarte książki mamy wpisy do pamiętnika tekstem ciągłym, w którym zapisano, że ktoś coś powiedział (kiedy już oczywiście na scenę wkraczają kolejne postacie). Tymczasem pod koniec powieści autor pamiętnika stwierdził, że chyba chce go trochę urozmaicić i wejść na wyższy poziom pamiętnikarstwa zaczynając spisywać dialogi żywcem. To jest ten największy błąd, który koresponduje z tym, co pisałam wyżej. Przy pisaniu pamiętnika, takim codziennym nikt przy zdrowych zmysłach nie spisuje dialogów, bo nie da się ich oddać wiernie. Pomijając oczywiście takie kwestie jak, przykładowo, oświadczyny, kiedy to dziewczyna chce zanotować jak dokładnie ten wyjątkowy moment przebiegł, ale te wypowiedzi, które przytoczył autor nie wnosiły niczego nadzwyczajnego. Z racji tego, co wspomniałam wyżej, nie przekonała mnie fabuła spisana w tej konkretnej formie, choć domyślam się, jaki efekt chciał autor osiągnąć, ale niestety, w przypadku literatury postapokaliptycznej takie zagranie się nie sprawdza.

Apokalipsa Z pomijając powyższe niedociągnięcia, w przypadku których trochę ciężko było mi zbyć je machnięciem dłoni jest książką bardzo dynamiczną. Wciąga, może nie od samego początku, ale i tak już po kilku pierwszych wpisach widać, że "coś jest na rzeczy". Główny bohater może nie wzbudził we mnie wielkiej sympatii i niektórego jego pomysły wydawały mi się trochę niemądre, ale generalnie to dosyć ciekawa postać. Doświadczona przez życie, nie pozbawiona chęci walki, gotowa do działania. Nie wiele dowiadujemy się o rodzinie prawnika, ale nie uważam tego za wielką wadę. Najwidoczniej autor nie chciał się skupiać na kreacji postaci, które nie wnosiły zbyt wiele do fabuły. Sama sytuacja apokalipsy, wszechobecnego zniszczenia i grozy została bardzo dobrze przedstawiona i czytając odczuwałam gdzieś pod skórą autentyczny lęk o to, czy zdolności przystosowawcze głównego bohatera mu wystarczą. Jeżeli chodzi o kreację zombie - nie wyróżnia się ona niczym nadzwyczajnym, ale też nie jest specjalnie uboga. Nieumarli zostali przedstawieni oczywiście jako niebezpieczne, bezwzględne i odrażające istoty pragnące się wgryźć w tych, którzy żyją (jeszcze).

Po lekturze stwierdzam, że trafiłam na powieść, która mnie nie rozczarowała i mogę odetchnąć z ulgą. Właśnie z racji tej przygodowej otoczki lubię powieści o zombie, a moje poprzednie spotkanie z taką literaturą wywołało ogromne zgorszenie tym, co zaprezentowała autorka Zmierzchu świata żywych. Na szczęście są jeszcze dobre książki traktujące o apokalipsie zombie i Początek końca jest jedną z takich właśnie.

Moja ocena: 7/10

Tytuł oryginału: Apocalipsis Z. El principio del fin
Wydawnictwo: Muza
Ilosć stron: 413
Rok wydania: 2011 (oryginał), 2013 (w Polsce)

Trylogia zombie:
1. Apokalipsa Z: Początek końca
2. Apokalipsa Z: Mroczne dni
3. Apokalipsa Z: Gniew sprawiedliwych

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.