30 lipca 2016

W zdumiewającej sprawie nakręcanego człowieka


Po steampunk sięgam rzadko, choć gatunek jak najbardziej sobie cenię. A sięgam tak rzadko, że jeszcze nie trafiłam na książkę, która wzbudziłaby we mnie zachwyt do granic możliwości. Szkoda, choć nadzieję na taki stan miałam sięgając po serię (bo już wiem, że nie jest to trylogia) Marka Hoddera.

Autor bohaterami swoich książek uczynił dwóch ekscentrycznych jegomościów - Sir Richarda Burtona, podróżnika, który wkradł się w królewskie łaski i został agentem koronowanej głowy. Dopełnieniem pierwszoplanowego duetu jest Algernon Swinburne, ponoć perwersyjny poeta niskiego wzrostu i posiadacz awanturniczego podejścia do rzeczywistości. Wygląda na ciekawą ekipę, przy której nie można się nudzić, prawda? No właśnie nie do końca...

Burton i Swinburne wpadają w tarapaty i zostają wplątani w tajemniczą sprawę czarnych diamentów, które zaginęły w nietypowych okolicznościach, co więcej, w Londynie pojawia się rzekomy dziedzic spadku rodziny Tichborne, który nie wzbudza bezgranicznego zaufania, a wielu wątpi w jego tożsamość. Sir Richard wraz ze swoim wiernym kompanem (niczym Sherlock i Watson...) zostają zobowiązani do przyjrzenia się tej sprawie. Niestety, wydarzenia przyjmują bardzo nieciekawy obrót, bo niebawem cała klasa robotnicza postanawia rozpocząć bunt przeciwko arystokracji i wypowiada jej wojnę. Na ulicach Londynu zaczynają się zamieszki, a Tichborne zostaje bohaterem i prowodyrem zamieszek.

Naprawdę liczyłam na to, że ta książka mnie porwie. W pamięci miałam bardzo przyjemną i całkiem wciągającą lekturę części pierwszej, w dodatku doprawioną wątkami niosącymi konkretne treści ideologiczne i sądziłam, że dostanę to, co podczas czytania tomu pierwszego tylko lepiej podrasowane, bo przecież autor miał okazję zdobyć trochę doświadczenia. Niestety, Nakręcany człowiek okazał się gorszy, choć całkiem sporą gamę wad równoważy kilka mocnych, choć nie wystarczających zalet.

Nie podobają mi się główni bohaterowie wykreowani przez autora. Przypuszczać by można, że chodziło mu o stworzenie kontrastowego duetu, który będzie się uzupełniał, tworząc zgraną drużynę nie możliwą do pokonania i skradającą kolejnymi epizodami serca czytelników. Tymczasem uważam, że zarówno Swinburne jak i Burton są nakreśleni zbyt powierzchownie. Jeden jest podróżnikiem, drugi poetą i obaj są odważni. Stanowczo za mało! Nie wiem nic na temat ich rodzin. Kojarzę tylko epizody z przeszłości Burtona związane z Isabel i jego problemy podczas wyprawy do Afryki. Nie ma nic, czym mógłby sobie Sir Richard zaskarbić moją sympatię. Natomiast Swinburne okazjonalnie był powodem moich chwilowych uśmiechów, ale jego postać w większości wzbudzała we mnie irytację bądź... bądź nic.

Wśród postaci za mało jest kobiet, jeżeli w ogóle się pojawiają. Ja wiem, że takie czasy - epoka wiktoriańska, babki do prowadzenia domu i usługiwania dżentelmenom, okej. Ale to nie znaczy, że kobiet w ogóle nie było w tamtych czasach, podczas gdy w pięciuset stronicowym tomiszczu pojawiają się dwie epizodyczne postaci. No i jedna, ważna, w finale, ale czymże jest jedna bohaterka w obliczu całych zastępów mężczyzn?

Spencer został moim ulubieńcem. Jego postać wniosła najwięcej ciekawych i komicznych frgmentów go ksiązki, co ciekawe, komizm ten nie irytował, tak jak inne pomysły Hoddera, które były niezbyt udanymi elementami humorystycznymi. Sama postać filozofa mnie jak najbardziej przekonała i to jedyny bohater, który mnie do siebie przekonał.

Teraz przejdę do zalet, bo są jak najbardziej i o nich nie zapomnę. Po pierwsze - elementy steampunkowe, które urzekły. Megakonie, rotofotele, specyficzna broń, zmutowane mechaniczne gąsienice jako środek londyńskiego transportu miejskiego. Plus modyfikacje ludzkich ciał uzupełnianych o mechaniczne ramiona. Cudo. Na tym gruncie Hodder nie zawiódł i jeżeli za coś mam go chwalić oprócz tego, że świetnie wplótł i wyeksponował mechaniczne elementy to za historyczne podwaliny fabuły tomu drugiego. Co więcej, te rzeczywiste motywy przeplatają się z intrygą uknuta przez autora i wszystko zaczyna skutkować konsekwencjami na niesamowitą skalę. Zawsze jestem pod wrażeniem takich akcji, gdy pozornie niewielkie zagrożenia okazują się być niebezpieczne dla dużo szerszego grona. Szczęka w dół, odłóż książkę, pozbieraj szczękę i czytaj dalej.

Fabuła niestety jest pogmatwana, intryga sięga bardzo daleko i nie wszystko autorowi udaje się pokazać przejrzyście. Po przeczytaniu książki wiedziałam, co zaszło, ale nie do końca byłam w stanie etap po etapie odtworzyć sobie kolejne fragmenty akcji. Wiedziałam, że ktoś tam z kimś walczył, że pojawił się taki i taki motyw, ale żeby te puzzle idealnie do siebie dopasować, to już nie. Często w czasie czytania książka po prostu mnie nudziła, nie koncentrowałam się wystarczająco na cząstkowych działaniach bohaterów, a i sam autor czasem zapominał wspomnieć o powodach niektórych działań. Język jest słaby, pojawia się mnóstwo powtórzeń i ciągłe określanie Burtona na przemian podróżnikiem i królewskim agentem.

Końcówka okazała się jednak emocjonująca i niektóre niewiadome wskoczył na swoje miejsce, wyjaśniły się i na nowo wzbudziły moją ciekawość. Nawet jakoś nie dobijał mnie już fakt słabo napisanych scen akcji, na które tak zwracam zawsze uwagę. Z resztą uważam, że książki o Burtonie i Swinburnie trzeba przede wszystkim potraktować jako książki przygodowe. Ja wiem, że w fantastyce przygoda to jest podstawa i bez tego praktycznie ani rusz, ale akurat Hodder pisze takie typowe przygodówki. A jest to fantastyka z racji realiów, elementów steampunkowych i szczątkowych elementów magicznych. Ale jednak bardziej przygodówka.

Moja ocena: 6,5/10

Tytuł oryginału: The Curious Case of the Clockwork Man
Autor: Mark Hodder
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 505 (+ kilkanaście stron dodatków)
Rok wydania: 2011 (first published), 2012 (w Polsce)

Burton i Swinburne:
1. W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka
2. W zdumiewającej sprawie Nakręcanego człowieka
3. Wyprawa w Góry księżycowe
4. The Secret of Abdu El-Yezdi
5. The Return of the Discontinued Man
6. The Rise of the Automated Aristocrats

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.