Zrób mi jakąś krzywdę (Jakub Żulczyk)

Nie przeczę, że rzadko sięgam po prozę współczesną. Czy za rzadko? Raczej nie, bo zazwyczaj po takim spotkaniu czuję przesyt na kilka miesięcy, a taką fantastykę mogę czytać taśmowo wręcz. Niemniej jednak, by za tym ukochanym gatunkiem zatęsknić, odchodzę od niego na rzecz właśnie tekstów prozatorskich, a przyznam, że pomimo kilku takich książek na koncie nie wyrobiłam sobie jeszcze w kwestii tego rodzaju powieści jakichkolwiek standardów, które z czasem miałyby ewoluować w gust.

Żulczyk to dość znane nazwisko na gruncie polskiej literatury - i nie ma się co dziwić, bo autor w specyficzny i często dosadny sposób wplata w narrację kwestie codzienności nie pozostawiając ich bez swoistego komentarza. To taki typ opowieści, którą na pewno czytelnik zapamięta - czy dobrze, czy źle to już pozostaje do indywidualnego odbioru, ale w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że Żulczyk pisze nijako.

Fabuła książki koncentruje się wokół dość banalnego konceptu romantycznego zauroczenia, które nawiązuje się między studentem i piętnastoletnią siostrą jego kumpla. Brzmi jak kłopoty, nie? I żeby mieć jasność w kwestii wydźwięku powieści - do romansu to temu tworowi zdecydowanie daleko.

Autor pisze w taki sposób, że mało istotne wydają się wydarzenia, czy imiona bohaterów (oczywiście takowe występują), a raczej na pierwszy plan wysuwa się styl prezentowania i opowiadania o tym, co się działo. Żulczyk tak przedstawia swoje postacie, że po jednym, dwóch zdaniach czytelnik doskonale jest w stanie zorientować się, o jaki typ człowieka chodzi. Nie potrzeba mu do tego wymuszonych scen oderwanych od rzeczywistości, czy sztucznie inicjowanych dialogów. Wyczucie w kwestii relacji, interakcji i przenoszeniu ich na papier w sposób sprawny autor niewątpliwie posiada i tym głównie zapisuje się w mojej pamięci.

W Zrób mi jakąś krzywdę mamy do czynienia z odtwarzaniem biegu wypadków - zaczyna się od punktu kulminacyjnego i potem jak nitce dochodzimy do tego, w jaki sposób doszło, do czego doszło. Ciężko mówić o jakichkolwiek sympatiach względem bohaterów - przynajmniej w moim odczuciu, wyraziste bo wyraziste postacie raczej nie są posiadaczami szczególnie charyzmatycznych cecha charakteru - a z drugiej strony to takie sylwetki, które spotykamy w realu. Osobiście zaciekawił mnie najbardziej jeden skrawek pobocznej relacji i to związanej z postacią drugoplanową i niestety, ale nic ponad ten jeden akapit już nie otrzymam.

Jest coś, co nieco przytłacza i męczy w przypadku Zrób mi jakąś krzywdę - pisałam o narracji i muszę przyznać, że chwilami jest tak bujna i egzaltowana, że trochę ciężko to zdzierżyć. Owszem, to też jest zależne od poziomu akceptowania takich zabiegów przez czytelnika - ale dla co wrażliwszych, łatwo gubiących się w fabule pod wpływem zbyt "oderwanego" od rzeczywistości opisu styl książki może stanowić problem. W tym obszarze wystarczyłoby po prostu trochę zrównoważyć te "żywsze" fragmenty i poprzeplatać je luźniejszymi wstawkami, by dać czytelnikowi trochę oddechu. Zrównoważenie niewątpliwie poprawiłoby mój odbiór książki, ale zdaję sobie sprawę, że to jedna z wcześniejszych pozycji autora i od tego czasu jego warsztat ewoluował.

Zrób mi jakąś krzywdę to historia trochę specyficzna, choć biorąc pod uwagę zakończenie, trzymająca się w pewnych miejscach schematu. Na pewno znajdzie swoich odbiorców wśród amatorów nieoczywistego opisywania rzeczy oczywistych, a ponadto jest ciekawym tytułem na tle polskiej literatury ogólnie. Niemniej koncept na pewno nie trafi do każdego czytelnika.

|tyt. oryg. Zrób mi jakaś krzywdę, Jakub Żulczyk, Świat książki, 262 str., 2006r.|

Komentarze