
Epizodycznie w swoich wyborach literackich sięgam po literaturę piękną i właśnie staram się poszerzyć swe horyzonty poprzez zapoznanie się z prozą Smith. Autorka już jakiś czas temu zostawiła swoje nazwisko w głowie i oto efekt - opinia o książce napisanej w nieco specyficzny sposób, w której dwutorowo biegną wątki teraźniejszości i przeszłości. A zaczynamy od samego końca, od chwili, kiedy już doszło do pewnego zmieniającego rzeczywistość epizodu i teraz przychodzi pora na to, żeby dowiedzieć się, jak do tego doszło.
Jak wspominałam, bohaterka nie przedstawia się nam z imienia, a co ciekawe, w dialogach zamieszczonych w powieści też go nie uświadczymy, więc pozostanie dla nas anonimem. Narratorka jednak w bardzo szczegółowy sposób opisuje swoje przemyślenia i odczucia, nie pozostawiając obojętną, na swoje otoczenie. jest dużo tekstu ciągłego, ale w ogóle nie przeszkadza to w lekturze i nie męczy - zasługą są zapewne umiejętności pisarskie Zadie Smith.
Po szybkim zastanowieniu się na czoło wysuwają się w powieści trzy wątki - relacja narratorki z matką, relacja narratorki z Tracey, jej przyjaciółką oraz trzecia więź czy raczej stosunek zawodowy z Aimee, tancerką i artystką. Każda z tych trzech "nitek" jest ważna, choć mnie najmniej porwała ostatnia. Co prawda mocno rzutująca na stosunek bohaterki z matką czy przyjaciółką, ale mimo wszystko, najmniej porywająca. Tak właściwie wydaje mi się, że problem polega tu na tym, że autorka słabo wykreowała "niezwykłość" Aimee. Narratorka jest w nią zapatrzona, mocno angażuje się w pracę dla artystki, a tak naprawdę czytelnik dostaje tylko mętne przesłanki co do motywacji bohaterki.
Ciekawe jest zderzenie nowoczesnego świata Nowego Jorku z zupełnie innym rytmem życia w Afryce, do której chwilami przenosi się akcja. Bohaterowie tych fragmentów Swing time to przesycone wierzeniami i tańcem realia, w których do codziennych rozterek należy walka z biedą. Pojawia się motyw powrotu do korzeni i refleksji nad tym, kim właściwie jestem, z czym narratorka w trochę utajony sposób zmaga się w całej powieści.
Czy faktycznie jest to książka o cenie, jaką płacimy za marzenia? Zależy jak na to spojrzeć. Główna bohaterka w zasadzie nie staje przed bolesnymi dylematami, a jedynie konfrontuje się z zastaną sytuacją. Popełnia błędy, czasem wydaje się nad wyraz naiwna, co ma swój urok gdy zastanowimy się nad snutym przez siebie marzeniami z dzieciństwa. Nic mnie specjalnie w prozie Smith nie uderzyło, ale widzę koncepcję na przesłanie, które jest całkiem niezłe. Liczyłam na nieco więcej artyzmu w tej powieści, ponadto autorka pisze na tyle subtelnie, że, pomimo iż główny wydźwięk powieści załapałam, pewnie niuanse zostały zbyt delikatnie zasygnalizowane. Uważam też, że pomocne byłoby rozgraniczenie rozdziałów na "wtedy" i "teraz", lub dopisek z miejscem akcji, bo chwilami mi to umykało, a narracja nie zawierała konkretnych znaczników tylko kolejne akapity przemyśleń. To taka bardzo leniwa momentami historia przesycona dążeniem do nieokreślonego celu. On się pojawia, a i owszem, ale takiego ostatecznego kształtu nie przyjmuje w pełni.
|tyt. oryg. Swing time, Zadie Smith, wyd. Znak, 476 str., 2016, 2017|
Komentarze
Prześlij komentarz
Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.