Legenda arturiańska jest motywem przebijającym się do literatury popularnej i to nie tylko gdy mowa o książkach historycznych, ale i fantasy. Akurat w przypadku twórczości Bernarda Cornwella mamy do czynienia z tym pierwszym przypadkiem - powieścią z gatunku fikcji historycznej dokładnie, w dodatku bazującej, jak autor wspomina na samym końcu na bardzo szczątkowych informacjach o czasach Artura.
Zaplanowałam sobie na ten rok lekturę Trylogii Arturiańskiej, której nowa (stosunkowo nowa, wydanie z 2017 roku) oprawa niewątpliwie przyciąga wzrok złoconymi literami na twardej okładce i pięknym wizerunkiem miecza ze zdobioną rękojeścią. Spieszę donieść, że początki mojej przygody z Arturem, o którym opowiada narrator Drefel wcale nie były tak piękne jak okładka.

Lubię klimat średniowiecza. Tu mamy bardzo wczesne lata tego okresu historycznego, a Cornwell wspomina o mrocznych wiekach w jakich żył Artur i walczył z najeźdźcami Dumnonii. Początek książki, mimo, że bardzo chaotyczny i wręcz odpychający w końcu po parudziesięciu stronach mnie wciągnął i pozwolił się przyzwyczaić do stylu, jakim operuje Cornwell. Z czasem prostotę niektórych fragmentów doceniłam, bo dzięki posługiwaniu językiem współczesnym łatwo było przyswoić treść.
Widać doskonale, że autor jest pasjonatem historii i posiada rozległą wiedzę dotyczącą czasów arturiańśkich, obyczajów i wierzeń. Najbardziej Zimowego monarchę doceniam za ścieranie się wierzeń pogańskich i chrześcijańskich jak i bardzo dobrze przedstawione wierzenia pogańskie, rytuały z nimi związane i obrzędy. Pewnie dlatego jedną z moich ulubionych postaci została wiedźma Nimue, podopieczna Merlina, przyjaciółka Derfla i jedna z najciekawszych postaci kobiecych w powieści. Drugą taką postacią jest Ginwera, którą z Arturem połączyło chyba przekonanie, że przeciwieństwa się przyciągają, bo Ginewra to postać o dokładnie zarysowanym charakterze, z pazurem, można by rzec, że wyrachowana. Równocześnie muszę zaznaczyć, że Artura nie polubiłam prawie wcale, ale jego smętne początki walki w imieniu Mordreda wyjaśnia Derfel na samym końcu i daje nadzieje na lepsze kolejne tomy...
Biorąc pod uwagę elementy batalistyczne jestem średnio usatysfakcjonowana. Nie było źle, ale akurat w powieściach historycznych i fantasy szczególny nacisk kładę na dobrze napisane sceny bitewne i Cornwell na kolana mnie swoimi opisami nie rzucił. Wypadło to u niego przyzwoicie, ale nic ponad to i trochę jestem zawiedziona. Może i w tej materii pojawi się coś lepszego w Nieprzyjacielu boga? Zabrakło mi też map. Mapy, mapy, mapy. Bardzo niewyraźnie zarysowywałam sobie w głowie usytuowanie nie tylko Dumnonii, ale i innych państewek z którymi trzeba było zawierać pokój albo iść na wojnę.
Ogromnie cenię sobie klimat powieści pomimo tego, że język autora nie był specjalnie wybitny. Trochę zrzucam winę na tłumaczenie, które chyba nie do końca się udało... (Derfel nie za bardzo w V wieku mógł użyć określenia "dantejskie sceny", skoro Alghieri i jego piekło pojawiły się w wieku XIV) Ale motywy pogańskich wierzeń, rzucania czarów i praktyk związanych z ich odczynianiem, nawet jeżeli pozostających jedynie w sferze wierzeń (nikt tam z różdżką i okrzykiem "Avada Kedavra!" nie biegał) dodawały bardzo fajnego smaku lekturze. Intrygi też pojawiały się w nieco mniejszej ilości, ale coś tam się działo. Poprowadzenie wątków, mimo, że z lekkim bałaganem doprowadziło ostatecznie do ich domknięcia i po Nieprzyjaciela boga sięgnę z nadzieję na równie ciekawą, a nawet bardziej wciągającą akcję.
|tyt. oryg. The Winter King, Bernard Cornwell, wyd. Otwarte, 600 stron, 1995, 2017, Trylogia Arturiańska - Tom 1|
Komentarze
Prześlij komentarz
Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.