
Wstępny zarys fabuły już jest, nie tylko w powyższym akapicie, ale też w samym tytule książki. Główny bohater, Thomas Newton przybywa na naszą planetę, bo lud Antei wymiera i desperacko potrzebuje wody. Statek kosmiczny Newtona zafundował mu jednak podróż tylko w jedną stronę i teraz bohater musi postarać się zorganizować sobie drogę powrotną. Misja ratownicza zostaje odłożona w czasie, a bohater wikła się zupełnie ludzkie sprawy i jego plan musi ulec pewnym zmianom.
W zasadzie opis sugeruje pełną zwrotów akcji powieść w której sporo się dzieje. Tevis jednak nie stworzył dynamicznej, trzymającej w napięciu historii, lecz mimo to udaje mu się przykuć uwagę czytelnika. Gdy czytałam Przedrzeźniacza miałam wrażenie, że autor za cel honoru postawił sobie wywołanie jak największego przygnębienia czytelnika. W przypadku Człowieka... jest podobnie, choć efekt ten nie jest aż tak silny i dzięki temu będę lepiej lekturę wspominała. Ta powieść to konfrontacja człowieczeństwa z obcym pochodzącym z odległej planety. Tevis w ciekawy sposób uwypukla niedoskonałości ludzkiej natury, wystawia na pokaz jej powszechnie znane i odczuwane słabości i w subtelny sposób ukazuje, jak beznadziejnym bytem potrafi być człowiek. Natomiast dążenie do destrukcji, zarówno własnego gatunku jak i nowo poznanego zostaje zobrazowana z odrobiną brutalności, tak, że wzbudza nawet wściekłość podczas lektury.
Jak wspominałam nie jest to lektura obfitująca w akcję, lecz można się w nią wciągnąć. Początek czytało mi nieco opornie i wydaje mi się, że spowodowała to obawa o to, że znów trafiłam na dołującą lekturę. Potem się wciągnęłam, na co niewątpliwie miał też wpływ lekki styl autora. Skonstruował zgrabną historię wzbudzającą współczucie, ale i też trochę pogardę. Jedyne, na co mogłabym nieco ponarzekać to brak wyczerpującej charakterystyki Antei i rasy ją zamieszkującej. Owszem, o osobliwościach Newtona dowiadujemy się wystarczająco by mieć o nim jakiekolwiek pojęcie, ale tych kilka czy kilkanaście stron o jego rodzinnych stronach na pewno by nie przeszkodziło, szczególnie dla podkreślenia kontrastu z rasą ludzką. W książce pojawia się ciekawy wątek środowiska akademickiego, do którego poczułam pewną sympatię i który również rozbudził we mnie pewne emocje, choć nie do końca pozytywne. Ale sam motyw pochwały dla nauki i samego jej zastosowania zawsze wzbudzi moją aprobatę o ile tylko nie będzie zbyt nachalny.
Newton podczas swego pobytu na Ziemi nawiązuje kontakty z ludźmi, którzy zdają się nie zważać na specyficzny wygląd i przyzwyczajenia przybysza. Na uwagę zasługuje nieco naiwna, ale przepełniona tęsknotą za uwielbieniem Betty Jo. Bohaterka to ciepła, nieco zagubiona kobieta, która nierzadko nadużywa alkoholu, ale wzbudza też w pewnym sensie sympatię swoją postawą. Natomiast Bryce to niepozbawiony dylematów moralnych naukowiec, który porzuca uniwersytet, by wejść do tajemniczego projektu Newtona i stać się jednym z jego najbliższych współpracowników. Akurat jego postać nie zyskała mojego większego uznania, natomiast doceniam jego kreację.
Powieść Tevisa o przybyszu z obcej planety to całkiem udana historia, która być może nie porwie rozmachem, ale na pewno zaciekawi i będzie dobrym wyborem dla tych, którzy, podobnie jak ja, w świecie science fiction stawiają pierwsze niepewne kroki i nawet jeszcze trochę błądzą. Więcej (choć wcale nie oznacza to, że dużo) tu rozważań o istocie ludzkiego istnienia i egzystencji niż technologicznych niesamowitości. To lekka choć nie płytka w odbiorze powieść na dwa wieczory, w szczególności te jesienne.
Moja ocena: 7/10
Komentarze
Prześlij komentarz
Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.