21 stycznia 2016

Wady i zalety krótkiej formy


Tym razem napisze kilka akapitów o konkretnej formie literackiej, a mianowicie jak sugeruje już sam tytuł posta - o opowiadaniu. Dość często stykam się z niechęcią do twórczości wydawanej w opowiadaniach. W zasadzie mogłoby się wydawać, że jak czytanie jest czyjąś pasją, to nie powinien zwracać uwagi na to, co czyta, byle tylko czytać, bo sam fakt czytania sprawia mu przyjemność. A jednak, okazuje się, że opowiadania mają wady. Zasadniczo chodzi o długość...
1. Za krótkie?

Źródło
To jeden z najczęstszych zarzutów, jakie słyszałam pod adresem krótkiej formy. No jak sama nazwa wskazuje... Długie opowiadanie to już powieść. A inna sprawa, że czasem ciężko znaleźć granicę między jednym a drugim. Ale co z tego, że za krótkie? Jest chwila wolnego, ale na przykład cały wieczór, a tylko godzina. I co? VOILÀ! Pięćdziesiąt stron, szybka akcja, szybka charakterystyka bohaterów i można zrelaksować się przy lekturze nie denerwując się, że trzeba będzie przerwać w ciekawym momencie. Opowiadania są jak znalazł!

2. Różnorodne!

Opowiadania są wydawane w dwóch "trybach", z tego, co zauważyłam. Albo jest to zbiór o konkretnej tematyce, ale spod piór różnych autorów (np. Trzynaście kotów) albo jednego autora o różnej tematyce (Anima Vilis). Jest jeden wyjątek od tej reguły - ma to miejsce w przypadku Ćwieka, akcja jego tekstów dzieje się w jednym uniwersum (Chłopcy). I wtedy można wybierać. Można czytać w dowolnej kolejności (ale nie Ćwieka!), można przeskakiwać albo nawet wybrać wyrywkowe teksty i nie czytać całości.

3. Próbka stylu...

Tak właśnie traktuję opowiadania autorów, których nie znam. Mogę sobie danego pisarza "sprawdzić". Zobaczyć, czy jest w stanie szybko mnie zainteresować, bo na tym w zasadzie polega sztuka pisania opowiadań. Masz mało miejsca, musisz szybko zaciekawić czytelnika, żeby nie rzucił tych kilkunastu kartek w kąt. Nie generalizuję oczywiście w tym sensie, że jeżeli ktoś pisze dobre opowiadania, to książki też na pewno są super i na odwrót. Ale krótka forma, która mnie zaciekawi sprawia, że autor zdobywa u mnie dodatkowe punkty.

4. Uzupełnienie do serii...

Miałam do tej pory tylko jeden taki przypadek, żeby opowiadania, których pierwotnie czytać nie chciałam zostały "na chama" dorzucone do kolejnego tomu serii i nie wypadało je pomijać. I spodobały mi się. Jako uzupełnienie historii, czy ukazanie jej początków lub lepsze nakreślenie pobocznych bohaterów. Warunkiem jest jednak sens takiego "dopisku" i jego jakość, jak oczywiście we wszystkich tekstach, bo w przeciwnym wypadku pozostaje tylko rozgoryczenie. Niemniej jednak czasem te zabiegi się udają.

To tyle z mojej strony, w obronie opowiadań oczywiście. Lubię tą formę i zwykle cieszę się gdy mam okazję do lektury. Moje ulubione cztery to:

1. Opowieści z niebezpiecznego królestwa (J. R. R. Tolkien)
2. Anima Vilis (Krzysztof T. Dąbrowski)
3. Tfu, pluje Chlu (Marcin Wroński)
4. Dreszcz 1 (Jakub Ćwiek)

I jak widać z powyższego zestawienia, polska fantastyka opowiadaniami stoi...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.