8 września 2013

Kapitan Cook

Lubię "spontaniczne lektury". Snuję się po domu, nagle widzę jakąś książkę, którą mijałam setki razy przechodząc bez zainteresowania i nawet nie "rejestrując jej". Po Iskrze miałam kaca książkowego, ale dziwnego, takie samego jak po Blasku - nie mogłam sięgnąć po żadną z planowanych książek które miałam pod ręką. I wtedy w polu mojego widzenia pojawił się Kapitan Cook...


Wiek XVIII, flota angielska zajęta podbojami nowych ziem i kolonizacją słynie z dwóch czołowych nazwisk. Nelson i Cook. To postać tego drugiego, bardziej skrytego, uciekającego przed światłami jupiterów zostanie nam w miarę możliwości nakreślona. Zaczniemy od początku jego kariery, kiedy to pływał na statkach handlowych i węglowcach... Prosty chłopak, którego zadowolić nie mogła praca w pasmanterii i którego zawsze ciągnęło w stronę otwartego morza. Dzięki determinacji i chęci podbicia nowych ziem szybko stał się popularnym i upartym żeglarzem. 

"Ja, którego ambicją było dotrzeć nie tylko dalej niż ktokolwiek przede mną, lecz tak daleko, jak człowiek może dotrzeć..."

Zacznijmy od tego, że jest to książka oparta na faktach historycznych i w dodatku ze znikomą ilością dialogów pojawiających się w ilości "1". Dobra, nie krzywić mi się bo to nie jest takie nudne, jak wygląda na pierwszy rzut oka. W tym przypadku mamy do czynienia z umiejętnie napisaną historią. Całość działań Cooka opierała się na żeglowaniu i przyłączaniu do Korony kolejnych kolonii. Wbrew pozorom można o tym ciekawie pisać i jeszcze sprawić, że czytelnik zadaje sobie pytania: "I co dalej? Gdzie popłynie?" i czeka z zagryzioną wargą na odpowiedź.

Styl MacLeana jest bardzo przyjemny w odbiorze, choć zdecydowanie nie banalny. Zdarzają się dłuższe zdania, ale nie nużą. Przez cały czas czytania przytrafiło mi się tylko dwa, trzy razy nie zarejestrować czytanego tekstu i to na krótkich akapitach, które spokojnie można było machnąć jeszcze raz. Właściwie zdziwiłam się, że aż tak dobrze czyta mi się Kapitana Cooka, bo zazwyczaj jeżeli książka nie jest ogromnie ciekawa, to pomijam te fragmenty, których nie czytałam "świadomie", a tutaj z wielką dbałością o zrozumienie każdego zdania przewracałam kolejne stronice. Warto nadmienić też, że w książce znajduje się znienawidzony przeze mnie w większości przypadków prolog. Tym razem idealnie wprowadził mnie w książkę i nic nie zagmatwał od samego początku ani nie zdezorientował mnie.

Z Atlasem Geograficznym czytałam drugą połowę książki, żeby dokładnie prześledzić trasę, jaką pokonał Cook. Podziwiam jego niezłomność i talent, a także postawę wobec życia jako człowieka. Nie wiele wzmianek jest z dziennika podróżniczego kapitana, ale na podstawie tych strzępków, relacji innych marynarzy i obserwatorów całkiem nieźle, rozdział po rozdziale materializuje nam się wizerunek tego specyficznego człowieka. Również jego załogi zdobyły moją sympatię. Ludzie, z którymi kapitan wyruszył w podróż okazali się wiernymi towarzyszami na statku gotowymi pomścić kapitana za wszelką cenę.

Kapitan Cook ciekawie ukazuje realia podróży odkrywczych z XVIII wieku i przybliża nam sytuację spotkań białych ludzi z tubylcami z wysp rozsypanych wokół Australii. Cook w czasie pierwszej podróży kręcił się po Oceanii, Nowej Zelandii i wysepkach Polinezjii, na których nie zawsze witany był pokojowo. Potem dostał zlecenie odnalezienia południowego kontynentu, aby w końcu wyruszyć w trzecią podróż na północ, w kierunku Grenlandii i Cieśniny Beringa. 

Z nutką humoru, czasem czarnego, autor opisuje dzieje Cooka, a cała relacja z podróży jest ciekawa, przyjemna i pobudza wyobraźnię. Jedyne, czego mi zabrakło, to mapka na której zaznaczono by szlak, którym podążał Cook. Musiałam sobie ową mapkę znaleźć w internecie, a wolałabym móc z każdym kolejnym przystankiem kapitana zerkać na rysunek, żeby zorientować się w terenie.

Kapitan Cook był lekturą bardzo ciekawą. Książka zapewniła mi fajną odskocznię od fantastyczno-dystopijnych światów, którymi zazwyczaj się zajmuję. Nie raz na pewno jeszcze sięgnę po książki tego autora, którego styl bardzo przypadł mi do gustu. Warto czasem na chybił trafił spróbować czegoś innego. A nuż widelec, zaskoczy inny gatunek?

Moja ocena: 8/10

Autor: Alistar MacLean
Wydawnictwo: Agencja Praw Autorskich i Wydawnictwo INTERNAT
Ilość stron: 107
Rok wydania: 1972 (oryginał), 1994 (w Polsce)

4 komentarze:

  1. Powieści historyczne lub takie przodówki umieszczone w naszym świecie to zawsze pożytecznie spożytkowany czas. Można dowiedzieć się czegoś ciekawego co może się przydać zamiast bujać w obłokach, choć i te bujanie według taty jest potrzebne (byle nie w nadmiarze).
    Czytałaś kiedyś literaturę naukową?

    OdpowiedzUsuń
  2. Zostałaś nominowana do The Versatile Blogger (ale jak nie chcesz nie zmuszam, już w sumie brałaś udział)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie przepadam za książkami historycznymi, nawet tymi, które przedstawiają wydarzenia w bardzo ciekawy sposób. A jednak do tej książki coś mnie ciągnie... Sama nie wiem co. Może sentyment do bajki, którą kiedyś lubiłam? Chodzi mi oczywiście o "Piotrusia Pana". No ale wiadomo, że tutaj go nie znajdę :) Jestem ciekawa jak ta postać naprawdę wyglądała.

    OdpowiedzUsuń
  4. Spontaniczne lektury są spoko, gdybym miał Kapitana Cooka na półce to też bym go z przyjemnością przeczytał. Właśnie dobrze jest sobie zrobić czasem taką odskocznię!

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.