30 sierpnia 2013

Błękitny księżyc Część I

No i wreszcie, po kilkunastu dniach wyzwania czytelniczego przyszło mi pisać post z recenzją... Sądziłam, że nie wyrobię się już w tym miesiącu z żadną książką, bo jestem zabiegana i ciągle coś, a zamiast przysiąść do jednej lektury napoczęłam kilka tytułów i czytam ich około dziesięciu jak na chwilę obecną. A gdy byłam na premierze Miasta kości nie obeszło się do zajrzenia do Saturna, jak to zwykle bywa, gdy jestem w Magnolii. No i co? Dorwałam dwie nieźle zapowiadające się książki, w tym Błękitny księżyc. A drugi tytuł zakupiony przeze mnie tamtego dnia robi obecnie za podkładkę do laptopa. Co to takiego dowiecie się pod koniec miesiąca, jak zrobię bilans i pochwalę się nabytkami... A teraz do rzeczy.

Rupert jest młodszym synem króla Leśnego królestwa, co oznacza dla niego dziedziczenie tronu w drugiej kolejności jeśli ojczulek kopnie w kalendarz. Układ niezbyt korzystny dla naszego bohatera, w dodatku  gdy wyrusza on na wyprawę, mającą na celu dowiedzenie tego, że Rupert jednak coś znaczy okazuje się, że jego kompania się powiększy. Do mówiącego jednorożca, na którym przemierza leśne ostępy młody prawiczek (wymóg dla chętnych dosiadania jednorożca - dziewictwo) dołącza księżniczka Julia, której z księżniczkowatości pozostał jedynie tytuł i smok, którego znudziło polowanie na ludzi i zjadanie rycerzy. Ekipa postanawia wrócić do rodzinnego kraju głównego bohatera i spróbować poprawić wizerunek Ruperta. Okazuje się jednak, że Leśne królestwo zostało dotknięte przez bankructwo i spiski, a siły mroku już wyciągają swoje łapy po ziemie króla Johna.

Po książkę sięgnęłam z racji jej opisu z okładki, w którym wyczytać można było definicje między innymi rycerza, księżniczki, jednorożca, czy smoka. Definicje te miały charakter komiczny i narobiły mi apetytu na lekturę, która wyglądała mi na lekką, śmieszną i przyjemną. Oprócz tego spodziewałam się kilku ciekawych bohaterów i całkiem do rzeczy skonstruowanej fabuły. Ciekawi, czy dostałam, czego chciałam, czy też musiałam obejść się smakiem?

Zacznijmy od tego, że już na wstępie dotarło do mnie, że raczej boków zrywała przy książce nie będę. Dialogi były fajne, przyjemnie się je czytało, ale błyskotliwych ripost zbyt wiele mego pragnienia nie zaspokoiło. Niemniej jednak śmiem twierdzić, że do gustu przypadli mi niemalże wszyscy główni bohaterowie. Zaczynając od Ruperta, poprzez Julię (trochę nieokrzesaną, przyznaję) i jednorożca na smoku kończąc. Ekipa dobrana i gotowa wspierać się w każdej sytuacji. Aż milo się czytało o tym, jak wspólnie łączyli siły. Rupert z kolei zapunktował u mnie swoją odwagą. Pomimo tego, że wychowywał się jako ten gorszy, przeciętny, zawsze pozostający w cieniu młodszy syn króla nie zrezygnował z szansy na wybicie się. Rupert potwierdził swoją wartość, lecz co z tego, skoro w jego rodzinnych stronach i tak spisek goni spisek i do końca nie wiadomo, komu na prawdę zależy na władzy...

A teraz troszkę o stylu pisania autora. Całkiem poprawny i momentami poetycki, jak i błyskotliwy, ale i z pewnymi zgrzytami. Dopatrzyłam się kilku dziwnych słów i nie jestem stu procentowo przekonana, że wyrazy takie rzeczywiście istnieją... "Duszniejszy"? Jak dla mnie to "bardziej duszny", ale to mogłoby podpadać pod kategorię błędów ze strony redakcji... Kilka sformułowań trochę raziło w oczy, ale poza tym nie mam większych zastrzeżeń do stylu Greena. Niestety kilka zachowań i sytuacji było mniej logicznych. Napięcie uciekało i tak naprawdę nie do końca dobrze autorowi udało się wywołać odpowiednie uczucia. Demony były straszne, bo tak było napisane. Nie dlatego, że faktycznie ich kreacja wywoływała przerażenie, niepokój czy strach. Brat Ruperta był "tym złym" bo kilka zdań o oszczerczym charakterze zostało o nim nakreślonych, nie dlatego, że tak się zachowywał. Niektóre elementy, dość kluczowe po prostu zostały zbyt słabo uwypuklone i to sprawiło, że nie do końca mogłam cieszyć się czytaniem Błękitnego księżyca.

Czas spędzony z książką pana Greena nie uważam za stracony. Jako, że jestem ostatnio zabiegana, nieco zestresowana i muszę myśleć o wielu rzeczach na raz, jak też planować kolejne tygodnie i wciskać terminy na siłę, bądź odkładać pewne rzeczy na "później i jeszcze później" nie potrafiłabym się skupić na ciężkiej książce. Może dlatego też odpuściłam po około 130 stronach lekturę Żelaznego anioła, w którym panuje wszechobecny mrok, brud, mgła, burzowe chmury, rany i krew i zajęłam się lekkim i przyjemnym, nie wymagającym skomplikowanych procesów myślowych Błękitnym księżycem... Książka ta spadła mi jak z nieba w tym trudnym dla mnie okresie. Wciągnęła i zapewniła rozrywkę i relaks i w tych kategoriach należy tytuł ten rozpatrywać. Jako czasoumilacz, odstresowywacz i rozrywacz. Na pewno sięgnę po kontynuację, bo wielość nierozwiązanych wątków tego wymaga. Koniec książki niczego nie rozwiązuje, toteż z chęcią nabędę drugi tom i z uśmiechem na twarzy wezmę się za lekturę. Bez wygórowanych oczekiwań, ale i bez czarnowidztwa - bo autor pisać potrafi całkiem do rzeczy, choć na kolana nic nie powala.
Naprawdę ciężko mi wystawić ocenę Błękitnemu księżycowi. Bo jest to tytuł przeciętny, ale przyjemny i 6,5 to ocen zbyt krzywdząca, a siódemka to juz troszkę wysoko... Więc niechaj będzie:

Moja ocena: 6,99/10 ;)

Autor: Simon R. Green
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 360
Rok wydania: 1991 (za granicą), 2009 (w Polsce)

6 komentarzy:

  1. Haha, to jest właśnie straszne kiedy nie wiesz czy tak miało być, czy to błąd redakcji, czy raczej jeszcze inny... :)
    Ciekawa ocena. Nie spotkałam się jeszcze z "6,99" hahaha :) Dobrze, że nie "6,66" :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O... taki zabawny czasoumilacz by się przydał. Nie koniecznie dokładnie ten tytuł, ale śmiech zawsze odstresuje, a mi tego chyba brak.
    Hym... może się wezmę i sama jakąś komedię napisze.

    OdpowiedzUsuń
  3. 6,99, grosika będziesz winna! (ach te suchary xD)
    Czasem właśnie trzeba sobie przeczytać taką rozluźniającą książkę.
    Jak dla mnie "duszniejszy" nie brzmi tak tragicznie ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "mówiącego jednorożca, na którym przemierza leśne ostępy młody prawiczek"
      Bosh... wygląda na to, że właśnie zrobiłaś mi dzień ;D

      Usuń
  4. Posiadam inną książkę tego autora i myślę, że przetestuję jego styl na niej zanim sięgnę po coś innego.

    OdpowiedzUsuń
  5. Być może kiedyś przeczytam, ale póki co sobie odpuszcze, bo mam inne pozycje do nadrobienia. Widze, ze odliczasz do 'W pierścieniu ognia', również wybieram się na to do kina.

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.