15 lipca 2013

Zatopione miasta


Powieści posapokaliptycznych, dystopijnych, antyutopijnych i innych przyprawiających o dreszcze na myśl o przyszłości jest od groma i ciut ciut. Nie ukrywam, że fanka tychże gatunków zdeklarowaną jestem i obok fantasy i urban fantasy książki zawierające czarne wizje przyszłych stuleci naszej planety dość często goszczą na mojej półce. Może i dużo serii jeszcze przede mną, ale pewne kryteria już zdążyłam sobie zaznaczyć jako "priorytet" a kwestii tych w gatunku postapokaliptycznym jest sporo.

Po Zatopione miasta sięgnęłam pod wpływem recenzji, w której doczytałam, że jest to książka brutalna i krwawa. Pokazać mi coś takiego to jak pokazać dziecku stoisko ze słodyczami - tyle mnie, tudzież dziecko było widać, bo już pędzimy w stronę Zatopionych miast/stoiska ze słodyczami.
Jak dostałam książkę w swoje ręce (zamówioną przez internet w Empiku) i przyjrzałam się opisowi z tyłu okładki. Ochy, achy, najpoczytniejszy autor fantastyki i... 

"Suzanne Collins swoimi Igrzyskami śmierci mogła wprowadzić dystopię do literatury młodzieżowej , ale to Bacigalupi jest mistrzem tego gatunku"

Zgrzytanie zębami, dreszcze na plecach i... Seriously??? Błagam. Naprawdę ciężko jest napisać coś lepszego niż Igrzyska śmierci. Od razu w głowie zapaliła mi się lampka ostrzegawcza, a Zatopione miasta mogły liczyć na ostrzał krytyki z mojej strony. Książka Bacigalupiego przeleżała u mnie jakieś cztery miesiące, aż w końcu pełna obaw wzięłam ją do ręki i...

I nie dostałam tego, czego chciałam. Nawet tego, czego oczekiwałam z chwil przed przeczytaniem porównania do dzieła pani Collins. Bo wtedy liczyłam na zajmującą lekturę z licznymi zwrotami akcji, nieprzeciętna fabułą i całością doprawioną opisami krwawych starć. Ostatnie dostałam, ale mimo to czuję się książka lekko rozczarowana. A spodziewałam się Oczarowania.

Autor książki wykreował świat niezaprzeczalnie okrutny i ponury. Świat, w którym w każdej chwili możesz w każdej chwili zacząć podpadać pod kategorię "Zimny trup" i awansować na stanowisko "Poległego, któremu chwała się należy". Konflikty w Ameryce (której? Nigdzie nie jest wspomniane, a z opisu otoczenia wnioskuję, że Południowej, bo dużo dżungli i mokradeł. Ale to tylko moje obserwacje) prowadzą do krwawych starć bardzo wielu stronnictw wojskowych. Stronnictw o różnych poglądach i wyznaniach. I tutaj pojawia się niedociągnięcie - walczących podgrup było za dużo i żadna z nich, poza ZFP (Zjednoczony front patriotów) nie została należycie scharakteryzowana. Była Armia Boga, były lokalne jednostki zorganizowane, których nazw już nie pamiętam, a wymieniona przeze mnie frakcja zapadła mi w pamięć z powodu niezłej jatki między nią i ZFP. Tak na prawdę nie miałam pełnego obrazu tego, kto jest kim i z kim sojusz zawiązał. Ukazano to w książce niejasno i wprowadziło zamieszanie utrudniając czytanie. Przez chwilę miałam po prostu wrażenie, że dzieciaki podzieliły się na grupki, znalazły sobie po dorosłym z pomysłem na "Nowy świat" i kazały mu dowodzić. Mało logiczne, niezbyt zachęcające do ogarnięcia tego umysłem i niepotrzebne.

Krwawych i brutalnych scen oczywiście się doczekałam. Problem polegał na tym, że takie sceny potrzebują równowagi, której się nie dopatrzyłam. Brakowało mi elementu, który wzbudziłby we mnie współczucie dla głównych bohaterów. A mi ich zwyczajnie ni było żal. Sama nie wiem, czemu, bo charaktery Mouse'a i Mahlii zostały całkiem nieźle zarysowane. Relacje między nimi - silna, bezgraniczna przyjaźń też zostały prawidłowo ukazane i nie mam pojęcia, co mi nie pasowało. Może zbyt duża ilość przemyśleń? Rzadko kiedy Mahlia i Mouse przechodzili od słów do czynów i gdyby nie Tool dziewczyna zginęłaby już po pięciu minutach wędrówki po dżungli.

Teraz może zdecydowany plus - Tool. Pół człowiek, istota, w której znajduje się DNA psa, hieny i człowieka. Wielce ubolewam nad tym, że tak mało rozdziałów mu poświęcono. Owszem, w pewnym etapie był on współtowarzyszem Mahlii, ale i tak to na niej skupiał się trzecioosobowy narrator i o Toolu nie wiele się dowiedziałam. Szkoda to wielka bo bardzo mocno mi ten bohater w pamięci utkwił. Szkoda, że uwolniwszy się spod ucisku ludzi, którzy wykorzystywali Toola do walk nie chciał on w żaden sposób się zemścić i gdyby nie spotkał Mahlii najpewniej żadnego konkretnego celu na wolności by nie miał.

I wracamy do minusów. Poza tym, że przez Amerykę przetoczyły się liczne kataklizmy nie wiemy o niczym więcej, co mogło doprowadzić do takiego stanu rzeczy - że wszyscy muszą teraz przede wszystkim walczyć o jedzenie i broń. Do tego o ewentualnym przywódcy kraju pogrążonego w wojnie (która powodu swego konkretnego nie ma, ja też stron konfliktu - po prostu, wszyscy ze wszystkimi) też nic nie wspomniano. Plus jeszcze do tego, że promyk nadziei na lepsze czasy również został zbyty przez Bacigalupiego. Dziwię się, że mieszkańcy Ameryki w realiach Zatopionych miast nie popadli jeszcze w depresję. Ja bym popadła gdyby wokół wszyscy się napieprzali z karabinów i nie byłoby absolutnie żadnego, nawet najmniejszego promyczka nadziei. Albo kogoś do obalenia. Wtedy mogłabym przynajmniej sądzić, że owa persona kiedyś zejdzie z tego świata ze starości i może coś się w kraju zmieni.

Cóż mogę jeszcze dodać? Język. Obrazowy, nieźle urozmaicony, ale też chwilami niezrozumiały. Gdyby autor dodał jakiś słownik z wyjaśnieniami, co oznaczają pojęcia trep, watażkowie i Orły (są to pojęcia wojskowe, tyle się zorientowałam, ale dokładniejszych informacji o tychże figurach wojny szukać daremnie) byłoby mi o wiele łatwiej czytać.

Zatopione miasta są lekturą dość łatwą pomimo wad wymienionych przeze mnie, bo 3/4 książki opiera się na wędrówce przez dżunglę i przemyśleniach. Owszem, są sceny dynamiczne, ale tym razem nie tylko to mi było do szczęścia potrzebne. 
Nie wiadomo gdzie, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo czemu. Dlatego Książkę oceniam jako baaardzo przeciętną i nawet styl autora nie jest w stanie za bardzo tego podratować. Czytało się szybko - to również plus, choć czasem łapałam się, ze przeczytałam całą stronę i nie wiedziałam o czym ona jest. Czytałam dalej, ignorując tamte fragmenty...

Moja ocena: 6,5/10

Autor: Paolo Bacigalupi
Wydawnictwo: Literackie
Ilość stron: 413
Rok wydania: 2012 (w Polsce i za granicą)

5 komentarzy:

  1. Nigdy nie spotkałam tej książki, ale jeśli ją gdzieś zobaczę to już będę wiedziała, że nie warto jej czytać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Słyszałam już o tej książce, lecz nie jestem do niej przekonana na tyle by ją przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Sporo o tej książce słyszałam, ale jeszcze na nią nie trafiłam. Sam pomysł wydaje się być interesującyc tym bardziej, że lubię takie klimaty. Tylko z tym wykonaniem to mam obawy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ostatnio chciałam kupić tą książkę, ale jakoś nie mogę się zdecydować. Chyba na razie sobie odpuszczę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dotychczas czytałem same entuzjastyczne opinie o tej książce, więc dobrze, że pojawiła się też taka, w której można przeczytać o niedociągnięciach. Nie wiem czy te niedociągnięcia będą mi przeszkadzać w lekturze, ale "Zatopione miasta" mam na swojej liście książek do przeczytania.

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.